Narzekanie to moja pasja...
Blog > Komentarze do wpisu

Czwarty stopień zakochania

Ostatni czas obfituje w wydarzenia, które powodują u mnie kolejkę górską uczuć. Raz mi jest przyjemnie i dobrze, kiedy czuję się lubiany i pożądany. Następnie przychodzi pora na refleksje i pogłębiające się poczucie samotności. Raz się cieszę z czyjejś obecności, a raz smucę tym, że to i tak ślepa uliczka. Wiem, że kiedy dobiegnę do jej końca, to czeka mnie dość bolesne zderzenie z murem (o który i tak obijam się już, niemal od samego początku).

Jakiś czas temu pisałem o miłości. Z jednej strony ciężko mi sobie wyobrazić siebie tak w pełni zakochanego, a z drugiej strony, o tym ostatnio najczęściej myślę i marzę. Gdybym miał określić to inaczej, to nazwałbym to czwartym stopniem zakochania. W skali tej pierwszy stopień to samotność, drugi to relacja bez zobowiązań, a trzeci to zakochanie i stały związek, często potwierdzony ślubem. Czwarty stopień natomiast to to, co serwuje nam Hollywood i książki romantyczne. Dwie osoby spotykają się i widzą w sobie nawzajem ideał. Wszystkie wady, jeśli są, nie mają najmniejszego znaczenia, a oni są gotowi zrobić dla siebie wszystko. To te przypadki, kiedy po śmierci jednego, drugie woli dożyć starości w samotności, niż związać się z kimś innym. Przypuszczam, że nie każdy jest zdolny do takiego uczucia, a co ważniejsze, nie każdy ma swojego odpowiednika wśród płci przeciwnej, który byłby skłonny go tak pokochać. Jakkolwiek smutno to brzmi, tylko nielicznym dane jest zaznać tak głębokiego zakochania.

W pewnym sensie jest to dobre, bo płytsze uczucie daje możliwość ponownego restartu po stracie lub odejściu partnera. Tylko co ma począć osoba, która bez takiego uczucia czuje się niekompletna, pozbawiona sensu życia?

 


 

Mój brak zdolności do zakochania lub brak osoby, do której mógłbym to poczuć, ma swoje osobliwe efekty uboczne (tak to sobie przynajmniej tłumaczę). Zauważyłem, że jestem osobą bardzo kochliwą (w płytkim znaczeniu tego słowa), która szybko i łatwo popada w zauroczenie. Mam jedynie tyle racjonalności w sobie, aby być tego świadomym, jednak nie potrafię tego kontrolować. Nieraz wystarczy sama okazana mi atencja i poczucie bycia lubianym, a już motylki w brzuchu nie dają jasno myśleć.

Nawet teraz, kiedy jestem w relacji, która ma być tylko przygodą, która nie ma sensu istnienia w dłuższym terminie, z osobą, która kompletnie się ode mnie różni w każdym aspekcie, nie potrafię utrzymać dystansu. Nie wiem, czy to normalne czy nie, że angażuje więcej uczuć, niż powinienem. Może to jakiś efekt uboczny tego silnego poczucia samotności, które zwiększa się u mnie wraz z kolejnymi latami. Albo po prostu mam potrzebę obdarowania kogoś uczuciem, a nie mając lepszego celu, to wylewam to z siebie na pierwszą osobę, która wyciągnie do mnie ręce? Nie wiem. Wiem tylko, że to zdarzało się już parokrotnie i zawsze było to niezależne od mojej woli.

W pewnym sensie można uznać to za rozdrabnianie siebie i swojego serca na różnych ludzi, którzy biorą naszą cząstkę i potem znikają z życia. Może i tak to właśnie wygląda, ale pocieszam się tym, że choćby nie wiem ile ich było, to żadna nie dojdzie do tego, co jest najgłębiej. Tą swoistą osobliwość może odkryć tylko jedna osoba, w tym życiu lub w następnym.

PS: Choć sam wpis pisałem w ciszy to to, co kreuje mój obecny nastrój zawarte jest w tej nucie.

niedziela, 04 marca 2018, malkontent3.0

Polecane wpisy

Komentarze
2018/03/04 12:26:02
miałam kiedyś wujka, który swojej kochliwości nie pozbył się nawet po ślubie z tą, którą kochał nad życie. Ona to akceptowała, on nie potrafił przestać. To obdarowywanie uczuć może być po prostu charakterem a nie wynikać z tego co Cię spotyka.
-
2018/03/04 17:03:09
Mam dwie teorie. Albo ożenił się z nieodpowiednią kobietą albo trafił w dziesiątkę.